Namioty,
mnóstwo połatanych namiotów. Przygarbieni ludzie chodzący między nimi.
Wystające stopy śpiących ludzi. Tu i ówdzie słychać kaszel i kichanie.
Panuje półmrok. W powietrzu czuć zapach grzyba i wilgoci. Taki obraz
przedstawiają stacje po wybuchu tej nieszczęsnej bomby atomowej. Znikły
wszelkie znamiona cywilizowanej stacji, gdzie panowały ład i porządek.
Już nie czuć nawet charakterystycznego zapachu metra. Swoją drogą co
dawało efekt tego zapachu? Smar? Jeden namiot w granatowych łatach stał
nieco na uboczu, lecz miał w sobie coś, co wywoływało poczucie powagi i
ważności. Mieszkał w nim mer stacji, najstarszy z mieszkańców stacj.
Rządził on długo i sprawiedliwie. Ludzie lubili go i szanowali.
Stary mer ostatnio rzadko wychodził z namiotu. Niektórzy widzieli, jak
z jednej z wypraw przyprowadził ze sobą ledwo żywego chłopca.
Przysposobienie kogoś do siebie w tych trudnych czasach i warunkach Kyło
zjawiskiem rzadkim i godnym podziwu. Dlatego też między mieszkańcami
stacji cicho rozmawiano ze sobą o tajemniczym chłopcu, który został z
jakiegoś powodu wzięty pod opiekę starca. Jednakże, aby poznać prawdę,
trzeba było poczekać, aż chłopiec wydobrzeje.
Zgarbiona postać wziąła w swoje zziębnięte ręce starą, metalową łyżkę.
Starzec nabrał z zielonego kubka cenny wywar czosnkowy i delikatnie
wlał w rozpalone usta chłopca. Podsunął sobie przygotowana miskę z
letnia woda. Namoczył szmatkę i delikatnie otarł czoło chłopca z
kropelek potu. Zabrał stare, spocone koce i poprawił ubranie choremu.
Przykrył chwilowo chłopca pożyczonym od pewnej znajomej pledem
nadgryzionym znakiem czasu. Wstał i odłożył z brzękiem naczynia na
spruchniały drewniany stolik i opuścił namiot.
***
- Co to... Chodź tu szybko synu, gdzie mama?
Chaos,
gwar, kurz. Pełno ludzi, biegają przed siebie. Krzyki. Zacząłem
rozpaczliwie głośno wołać mamę. Tata obrócił moja wrzeszcząca twarz ku
sobie.
-
Idź z bratem, ja pójdę poszukać mamy. Spotkamy się później, uważajcie
na siebie. - gwałtownie objął nas i odwrócił sie w strone dworca.
Traciłem
ojca z oczu, Reginald szarpnął mnie za rękaw. Bolały mnie nogi, oczy
łzawiły. Wokół było pełno kurzu i z trudem oddychałem. Chciałem wyrwać
się spod ucisku brata, ale ciągnął mnie mocno zaciśniętą pięścią.
Obijałem się o tłum, ktoś uderzył mnie w głowę łokciem i już nic nie
widziałem. Szedłem jak w półśnie ciągnięty gdzieś przed siebie. Zacząłem
płakać...
***
Do namiotu weszły dwie osoby. Starzec wrócił z kobietą średniego wieku o
zniszczonej i ziemistej cerze. Zdjął pled ze śpiącego chłopca, wziął
koce od niej i przykrył nimi podopiecznego. Kobieta nastawiła na kostce
nafty garnuszek z lepka zawartością. Kiedyś nazywało się go menażką.
- Chyba zaczyna się wybudzać. - zauważyła szeptem.
Staruszek dotknął dłonią rozpalonego czoła chłopca i pokiwał głową z uznaniem.
- Doprawdy ten czosnek ma wielka wartość. Już myślałem, że go stracę. Nie żałuję ile musiałem za niego dać...
-
Cicho, Hektorze. Już nic nie mów. Najważniejsze, ze odzyskałeś
chłopca. Choć to sprawa honoru, nie będzie ci ciążył na sumieniu -
zamieszała strawę, przelała do jego zielonego kubka i podała - proszę,
posil się. Niedługo będziesz potrzebował dużo sil na naradę.
Starzec
ostrożnie wziął gorący posiłek i zaczął jeść. Strawa była daleka od
zup, które jadł przed Wielką Zagładą. Była zielonkawa i mętna. Składała
się głównie z wody i mchu.
- Ta narada... - zakrztusił sie i zakasłał - nie wiem jaki będzie wynik. To bardzo ważne dla naszej stacji, ale oni...
-
Stacja jest naszym domem. Domem nas wszystkich. Myślę, że każdy ma ją
na sercu - przerwała mu i ciągnęła - Może okazać się, że mają inne
pomysły. Musisz być bardziej otwarty na młodych. Żyją tu już kilka lat i
nie mają, jak ty to nazywasz, naleciałości ze starego systemu.
Starzec
patrzył na nią długo i wnikliwie, w końcu powiedział - Może i masz
rację, nie będę zamykał umysłu przed innymi. W końcu odpowiedzialność
mnie zobowiązuje. Tylko martwi mnie cały ten młodzieńczy pęd i brak
doświadczenia.
-
Za bardzo się martwisz - żachnęła się - przecież będą tam członkowie
pamiętający czasy Ziemi. Zresztą do dziś jakoś dajemy radę.
-
Już niedługo, moja droga Azalio! Nie widać tego, ale ja to już wiem.
Mógłbym ci powiedzieć, że... - Starzec szybko umilkł. Rozmowę przerwał
cichy dźwięk.
Chłopiec
jęknął i z trudem zaczął otwierać oczy. Kobieta postała chwilę i wyszła
z namiotu. Starzec przysiadł się do łóżka i kończąc swój skromny
posiłek bacznie obserwował chłopca. Gdy ten już się rozbudził, odezwał
się do niego swoim chrapliwym głosem.
-
Witaj wśród żywych. Niewiele brakowało, a twoje miejsce byłoby Tam. Jak
się czujesz, Natanielu? - zbliżył się bardziej do chłopca.
Chłopiec
potarł usta zwiotczałą dłonią - Co... co mi dałeś? Tak szczypało... -
pokręcił chwiejnie głową i skrzywił się z niesmakiem.
Starzec
zawahał się - To tylko woda - wydusił. - Poleż jeszcze, ja pójdę po coś
do jedzenia dla ciebie, coś lepszego od mojej zupy. Teraz nam nie
odejdziesz.
Gdy staruszek znikł za kotarą, chłopiec zamknął oczy i po chwili zasnął
ponownie, tym razem głębokim i spokojnym snem. Starzec Hektor wrócił po
dłuższym czasie z zawiniątkiem. Zauważywszy, iż jego podopieczny zapadł
w głęboki sen, począł przygotować strawę z przyniesionych grzybów i
kaszy. Na takie jedzenie nie każdy mógł sobie pozwolić. Trzeba było mieć
pozycję albo odpowiednie znajomości. Starzec miał pozycje i mógł ją
wykorzystać w zależności od potrzeb. Jednakże znał naturę ludzką i dla
własnego dobra korzystał z tego przywileju bardzo rzadko. Wiedział czym
mogłoby to się skończyć. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, jak bardzo
ważna jest równowaga na stacji. Starzec usiadł i zaczął dumać.
Stacja Wilanowska była jedną z zamieszkałych miejsc. Rzadko puszczano
się na sąsiednie stacje. O ile na konkretnej stacji panowała atmosfera
wielkiej rodziny, o tyle innin z sąsiednich stacji już nie wzbudzali
takiego zaufania. Zaledwie kilka tygodni po Wielkiej Zagładzie porobiono
granice jak za czasów Ziemi. Jak bardzo w społeczeństwie utkwiły
wszystkie mechanizmy działalności świata... Na stacjach obecne są
granice, polityka, modele rodziny, a nawet kaplice. Człowiekowi łatwiej
jest wpoić jakieś zasady czy systemy, trudniej wyłamać się z tego i
stworzyć coś nowego. Starzec nie ukrywał, że przeniesienie zwyczajów i
działań z Ziemi do metra prędzej czy później poniesie klęskę. System
padnie. Musiał przygotować się solidnie do nadchodzącej narady, powinni
mu uwierzyć... Wstał z trudem przy głośnym proteście kolan, sprawdził
stan chłopca i zadowolony wyruszył na stację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz