niedziela, 29 września 2013

WORD TIME! Rozdział I

   
Namioty, mnóstwo połatanych namiotów. Przygarbieni ludzie chodzący między nimi. Wystające stopy śpiących ludzi. Tu i ówdzie słychać kaszel i kichanie. Panuje półmrok. W powietrzu czuć zapach grzyba i wilgoci. Taki obraz przedstawiają stacje po wybuchu tej nieszczęsnej bomby atomowej. Znikły wszelkie znamiona cywilizowanej stacji, gdzie panowały ład i porządek. Już nie czuć nawet charakterystycznego zapachu metra. Swoją drogą co dawało efekt tego zapachu? Smar? Jeden namiot w granatowych łatach stał nieco na uboczu, lecz miał w sobie coś, co wywoływało poczucie powagi i ważności. Mieszkał w nim mer stacji, najstarszy z mieszkańców stacj. Rządził on długo  i sprawiedliwie. Ludzie lubili go i szanowali. 
   Stary mer ostatnio rzadko wychodził z namiotu. Niektórzy widzieli, jak z jednej z wypraw przyprowadził ze sobą ledwo żywego chłopca. Przysposobienie kogoś do siebie w tych trudnych czasach i warunkach Kyło zjawiskiem rzadkim i godnym podziwu. Dlatego też między mieszkańcami stacji cicho rozmawiano ze sobą o tajemniczym chłopcu, który został z jakiegoś powodu wzięty pod opiekę starca. Jednakże, aby poznać prawdę, trzeba było poczekać, aż chłopiec wydobrzeje.
   Zgarbiona postać wziąła w swoje zziębnięte ręce starą, metalową łyżkę. Starzec nabrał z zielonego kubka cenny wywar czosnkowy i delikatnie wlał w rozpalone usta chłopca. Podsunął sobie przygotowana miskę z letnia woda. Namoczył szmatkę i delikatnie otarł czoło chłopca z kropelek potu. Zabrał stare, spocone koce i poprawił ubranie choremu. Przykrył chwilowo chłopca pożyczonym od pewnej znajomej pledem nadgryzionym znakiem czasu. Wstał i odłożył z brzękiem naczynia na spruchniały drewniany stolik i opuścił namiot.
***
- Co to... Chodź tu szybko synu, gdzie mama?
Chaos, gwar, kurz. Pełno ludzi, biegają przed siebie. Krzyki. Zacząłem rozpaczliwie głośno wołać mamę. Tata obrócił moja wrzeszcząca twarz ku sobie.
- Idź z bratem, ja pójdę poszukać mamy. Spotkamy się później, uważajcie na siebie. - gwałtownie objął nas i odwrócił sie w strone dworca.
Traciłem ojca z oczu, Reginald szarpnął mnie za rękaw. Bolały mnie nogi, oczy łzawiły. Wokół było pełno kurzu i z trudem oddychałem. Chciałem wyrwać się spod ucisku brata, ale ciągnął mnie mocno zaciśniętą pięścią. Obijałem się o tłum, ktoś uderzył mnie w głowę łokciem i już nic nie widziałem. Szedłem jak w półśnie ciągnięty gdzieś przed siebie. Zacząłem płakać...
***
   Do namiotu weszły dwie osoby. Starzec wrócił z kobietą średniego wieku o zniszczonej i ziemistej cerze. Zdjął pled ze śpiącego chłopca, wziął koce od niej i przykrył nimi podopiecznego. Kobieta nastawiła na kostce nafty garnuszek z lepka zawartością. Kiedyś nazywało się go menażką.
- Chyba zaczyna się wybudzać. - zauważyła szeptem.
Staruszek dotknął dłonią rozpalonego czoła chłopca i pokiwał głową z uznaniem.
- Doprawdy ten czosnek ma wielka wartość. Już myślałem, że go stracę. Nie żałuję ile musiałem za niego dać...
- Cicho, Hektorze. Już nic nie mów. Najważniejsze,  ze odzyskałeś chłopca. Choć to sprawa honoru, nie będzie ci ciążył na sumieniu - zamieszała strawę, przelała do jego zielonego kubka i podała - proszę, posil się.  Niedługo będziesz potrzebował dużo sil na naradę.
Starzec ostrożnie wziął gorący posiłek i zaczął jeść. Strawa była daleka od zup, które jadł przed Wielką Zagładą. Była zielonkawa i mętna. Składała się głównie z wody i mchu.
- Ta narada... - zakrztusił sie i zakasłał - nie wiem jaki będzie wynik. To bardzo ważne dla naszej stacji, ale oni...
- Stacja jest naszym domem. Domem nas wszystkich. Myślę, że każdy ma ją na sercu - przerwała mu i ciągnęła - Może okazać się, że mają inne pomysły. Musisz być bardziej otwarty na młodych. Żyją tu już kilka lat i nie mają, jak ty to nazywasz, naleciałości ze starego systemu.
Starzec patrzył na nią długo i wnikliwie, w końcu powiedział - Może i masz rację, nie będę zamykał umysłu przed innymi. W końcu odpowiedzialność mnie zobowiązuje. Tylko martwi mnie cały ten młodzieńczy pęd i brak doświadczenia.
- Za bardzo się martwisz - żachnęła się - przecież będą tam członkowie pamiętający czasy Ziemi. Zresztą do dziś jakoś dajemy radę.
- Już niedługo, moja droga Azalio! Nie widać tego, ale ja to już wiem. Mógłbym ci powiedzieć, że... - Starzec szybko umilkł. Rozmowę przerwał cichy dźwięk.
Chłopiec jęknął i z trudem zaczął otwierać oczy. Kobieta postała chwilę i wyszła z namiotu. Starzec przysiadł się do łóżka i kończąc swój skromny posiłek bacznie obserwował chłopca. Gdy ten już się rozbudził, odezwał się do niego swoim chrapliwym głosem.
- Witaj wśród żywych. Niewiele brakowało, a twoje miejsce byłoby Tam. Jak się czujesz,  Natanielu? - zbliżył się bardziej do chłopca.
Chłopiec potarł usta zwiotczałą dłonią - Co... co mi dałeś? Tak szczypało... - pokręcił chwiejnie głową i skrzywił się z  niesmakiem.
Starzec zawahał się - To tylko woda - wydusił. - Poleż jeszcze, ja pójdę po coś do jedzenia dla ciebie, coś lepszego od mojej zupy. Teraz nam nie odejdziesz.
   Gdy staruszek znikł za kotarą, chłopiec zamknął oczy i po chwili zasnął ponownie, tym razem głębokim i spokojnym snem. Starzec Hektor wrócił po dłuższym czasie z zawiniątkiem. Zauważywszy, iż jego podopieczny zapadł w głęboki sen, począł przygotować strawę z przyniesionych grzybów i kaszy. Na takie jedzenie nie każdy mógł sobie pozwolić. Trzeba było mieć pozycję albo odpowiednie znajomości. Starzec miał pozycje i mógł ją wykorzystać w zależności od potrzeb. Jednakże znał naturę ludzką i dla własnego dobra korzystał z tego przywileju bardzo rzadko. Wiedział czym mogłoby to się skończyć. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, jak bardzo ważna jest równowaga na stacji. Starzec usiadł i zaczął dumać.
   Stacja Wilanowska była jedną z zamieszkałych miejsc. Rzadko puszczano się na sąsiednie stacje. O ile na konkretnej stacji panowała atmosfera wielkiej rodziny, o tyle innin z sąsiednich stacji już nie wzbudzali takiego zaufania. Zaledwie kilka tygodni po Wielkiej Zagładzie porobiono granice jak za czasów Ziemi.  Jak bardzo w społeczeństwie utkwiły wszystkie mechanizmy działalności świata... Na stacjach obecne są granice, polityka, modele rodziny, a nawet kaplice. Człowiekowi łatwiej jest wpoić jakieś zasady czy systemy, trudniej wyłamać się z tego i stworzyć coś nowego. Starzec nie ukrywał, że przeniesienie zwyczajów i działań z Ziemi do metra prędzej czy później poniesie klęskę. System padnie. Musiał przygotować się solidnie do nadchodzącej narady, powinni mu uwierzyć... Wstał z trudem przy głośnym proteście kolan, sprawdził stan chłopca i zadowolony wyruszył na stację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz